CHOMICZA KARUZELA

 Niedziela, 8. maja (znów post lekko zaległy). Dzisiaj nie będzie politycznej, antyprawackiej, tyrady i komentarzy zachowań naszczalnika Polski, czy szefa Solidarnej Rosji, którego inicjał („Z”) widnieje na każdym pojeździe rosyjskiej armii w Ukrainie. Nie skomentuję nawet Jarosława gwałciciela Jakimowicza, który wstydząc się samodzielnego zakupu flagi LGBT, zwyczajnie taką ukradł. Co ciekawe tenże sam pierwotniak nie wstydził się w swojej autobiografii chwalić się okradaniem grobów, napadami na Deutsche Post czy kupowaniem 12 – letniej Tajki w celach pedofilskich. No, ale czego można spodziewać się o osobniku o intelekcie ameby?

Nie wspomnę też, a na pewno tematu nie rozwinę, o fakcie, że zupełnie przypadkowo zostałem zaatakowany przez nieznaną mi „aktywistkę wegańską” w komentarzach pod filmem na YouTube o czymś tak kretyńskim, jak „dieta praniczna”. Na ten temat napiszę tylko tyle, że ci biedni (i niedożywieni) weganie koniczynożerni zupełnie nie mają wiedzy biologicznej. Przecież już chyba w szkole podstawowej naucza się o łańcuchu pokarmowym, na którego początku znajdują się niezbyt inteligentne, roślinożerne, formy życia. Cóż, być może nadmiar koniczyny uszkadza mózg.

Nie będę również pisał o wojnie!

Tematem przewodnim moich dzisiejszych rozważań jest tytułowa „Chomicza Karuzela”. Każdy zapewne widział to „narzędzie tortur”, w którym mały, niewinny gryzoń biegnie donikąd. Ostatnio mam silne wrażenie, że moje własne życie stało się taką właśnie karuzelą. Biegnę donikąd, coraz szybciej. Najsmutniejszymi tego konsekwencjami są:

  1. Permanentne poczucie braku czasu.

  2. Spadek libido.

  3. Ciągłe zmęczenie.

Dla mnie, alkoholika, taka karuzela jest bardzo niebezpieczna, muszę zatem umieć dostrzec, kiedy w nią w wpadam. Bo kiedy zdarzyło mi się to ostatnio raz, upadek był bardzo bolesny.

Oficjalnie od 1. lutego 2021. roku mieszkam w Wuppertal. Wyprowadziłem się z Polski, w której życie od 2015. roku staje się coraz trudniejsze. Dzięki emigracji odciąłem się od dawnych towarzysz picia. Dzisiaj odczuwam tego pozytywy – mam w miarę stabilną pracę, którą lubię, życie osobiste również stało się, za zasługą Bożenki, ustabilizowane (i szczęśliwe). A jednak znów „wsiadłem do karuzeli”.

Doskonale wiem, że wielu moich krajan w Polsce myśli, opierając się na niezbyt prawdziwych wyobrażeniach i opowieściach co niektórych osób, że w Niemczech, Francji czy Zjednoczonym Królestwie życie jest dosłownie wysypane mięciutkimi płatkami róż, a pieniądze, jak w przysłowiu, dosłownie leżą na ulicy. Rzeczywistość jest inna. Tu także trzeba PRACOWAĆ, chociaż, przynajmniej na razie, pracę jest łatwiej znaleźć i jest ona lepiej wynagradzana. Jednak życie wymaga pracy, jak wszędzie na świecie.

Dodatkowym problemem dla mnie przez dość długi czas był brak mityngów Anonimowych Alkoholików. I tak, po mniej więcej 13 – 14 miesiącach, znów „wsiadłem do karuzeli”.

Dlaczego o tym piszę?

W związku z poczuciem biegnięcia donikąd w chomiczej karuzeli, naszła mnie pewna refleksja dotycząca życia w ogóle. Kiedy miałem kilkanaście lat, nie mogłem doczekać się dorosłości, która jawiła mi się jako pełna wolność. Po prawie 27 latach dorosłego życia widzę i doświadczam tej wolności i muszę przyznać, że jest ona nieco rozczarowująca. Bo dorosłość to wolność, na którą składa się... cała masa OBOWIĄZKÓW!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pocztówka od Wuja Matta z podróży 78: Allahu Akbar!

Pocztówka od wuja Matta z podróży 56: Lupa wciąż w dupie, Ewa z czyrakami...

Pocztówka od wuja Matta z podróży 77: Wuj Matt turysta