Pocztówka od wuja Matta z podróży 11: Wojny alkoholowe
Już prawie cztery lata minęły od pamiętnych dni 29 – 31. marca 2019. roku, kiedy osiągnąłem swoje dno, a 31. marca to również czwarta rocznica wypicia ostatniego piwa. Myślę, że dużo przez ten czas osiągnąłem, chociaż nie była to łatwa droga.
W tak zwanym międzyczasie była pandemia (a może nadal trwa?), która na długie miesiące zamknęła sale mityngowe, co zaowocowało dosłownym wysypem różnych protrzeźwościowych grup na popularnych portalach społecznościowych. I to, samo w sobie, nie jest złe, chociaż nie do końca.
A co nie jest w tym dobre?
W urodzaju grup teoretycznie protrzeźwościowych ujawnia się typowo polskie organizowanie gównoburz z byle powodu, oraz polskie utożsamianie siły wyższej z „jedynie słuszną” koncepcją boga typową dla patolików. I wojny między „krawcami”, zwolennikami terapii, aowcami i zwolennikami teorii o powrocie do picia kontrolowanego.
W ciągu ostatnich dni zderzyłem się na przykład z dwoma kolesiami, z których jeden nazwał siebie samego „byłym alkoholikiem”, podważając starą, aowską prawdę - „once an alcohilic – always an alcoholic” (raz zostałeś alkoholikiem – zawsze jesteś alkoholikiem), a drugiemu nie spodobało się powiedzonko o robieniu „świeżego ogórka z kiszonego”.
Otóż alkoholizm to taka choroba, że nawet, kiedy w drodze leczenia (terapii i wieloletniej pracy „na Programie”), osiąga się trzeźwość (nie jest ona tożsama z abstynencją), to nie przestaje się być alkoholikiem...
Wszystkie te gównoburze, teorie o skuteczności cerowania dupska (czyli wszywaniu sobie esperalu w roli straszaka), piciu kontrolowanym czy „całkowitym uzdrowieniu”, dobitnie pokazują, że ludzie chcą wszystkiego „na pstryk”. Dlatego szukają cudownych „tabletek”, których nie ma. Osiągnięcie i utrzymywanie trzeźwości wymaga czasu i pracy nad zmianą swojego myślenia i zachowania.
Zonk!
Ja, 26/03/2023
Komentarze
Prześlij komentarz