JAK ZOSTAŁEM VOLKSDEUTSCHEM

 

Do wyborów w Polsce, zgodnie z konstytucyjnym terminem, nieco ponad rok. Jednak partia, a w zasadzie sitwa, rządząca chorego na jajkofobię Kurwisława Kłamczyńskiego (dla wyznawców zaszczalnik Jarosław towarzysz Balbina Kaczyński) już rozpoczęła agresywną kampanię wyborczą, która w zasadzie jest żałosnym festiwalem wisielczego standupu, kłamstw i wylewu, a nawet wysrywu, hejtu. Pal sześć wątpliwej jakości występy partyjnych towarzyszy, tępą, łopatologiczną propagandę telewizji kiedyś polskiej czy partyjnych biuletynów typu Od Rzeczy, Gazeta Wolska, Gazeta Wolska Codziennie czy ten wysryw sióstr Kremlowskich – Tygodnik Rybacki. To jeszcze do mnie nie dociera – nie oglądam, nie czytam – nie zagłębiam się w to szambo. Jednak z działań, szczególnie rządzącej PiSdzielskiej Zjełczałej Patologii Radzieckiej skrzętnie korzystają wszelkie grupy szurów i pojedyncze trolle – wyznawcy neo-PZPR (wyjaśnienie skrótu nieco wcześniej), solidurnej rosji (kanapkowej, cieszącej się poparciem na poziomie pojemności flaszki wódki – musi być wódką, bo ulibiony trunek prawactwa - „fioletowa łiski” nie występuje w opakowaniach 0.7 (ziobro-siedem) litra – partyjki Zbigniewa towarzysza mniej-niż-Zero), prorosyjkiej znieraniny idiotów kierowanych przez Grzegorza „szczęść worze” Brauna, Janusza Krowie-Majtki i Krzysztofa chodzę-na-Bosaka, która ma więcej kont bankowych niż członków i wyborców – konfederosji czy zupełnie niszowych (kiedyś) band w typie bączek-jugend czy kamractwa-robactwa – ziejące nienawiścią do wszystkich, którzy nie popierają Rosji, nie są białymi, niedouczonymi, bezrobotnymi kibolami. Wszystko tylko po to, by móc twierdzić, że „nie tęczowa, nie laicka, ale biała, katolicka”...

Całe to patologiczne towarzystwo uwielbienia głupoty, mocno, jak wynika z publikowanych komentarzy, przygniecione krużgankiem oświaty, zwyczajowo mocno uaktywnia się przy okazji takich rocznic, jak 1. sierpnia – Rocznica Wybuchu Powstania Warszawskiego (chociaż, czego dowodzi ostatnie wypróżnienie Bobisia Wypierdka, szefa PiSdzielskiej bojówki neofaszystowskiej – bączek-jugend, nie bardzo wiedzą, z jakiej okazji „niosą krużganek oświaty”) czy 11. listopada – Rocznica Odzyskania Niepodległości (chociaż również nie wiedzą z jakiej okazji podpalają mieszkania, demolują Warszawę czy staczają bohaterską „bitwę pod Empikiem”). Za to każdy, kto nie kocha Romana Dmowskiego, Kurwisława Kaczyńskiego, Adolfa Hitlera, Władimira Putina czy naczelnych homoseksualistów prawactwa – Olszańskiego i Osadowskiego – z marszu jest: lewakiem (to jeszcze delikatne określenie), ruskim trollem lub ruską onucą (chociaż to oni mają co najmniej dziwne powiązania z putinowską rosją), zdrajcą, Volksdeutschem (niepotrzebne skreślić).

I tutaj dotykamy tytułu dzisiejszego wpisu. Jak zostałem Volksdeutschem?

Bez mała trzy lata temu, pod koniec września 2019. roku, wyjechałem do Niemiec do pracy. To w sumie długa historia, którą być może kiedyś opiszę, jednak nie ma ona związku z moją drogą do bycia Volksdeutschem. Ta droga jest nieco inna.

W grudniu 2019. roku poznałem w tychże Niemczech cudowną kobietę – Bożenkę – i postanowiłem zostać na dłużej (może na zawsze). Jednak moje aktualne miejsce zamieszkania nie determinuje ani moich poglądów politycznych, ani nie zmienia mojej narodowości (a szkoda), ani nie wpływa na poziom mojej wiedzy historycznej. Nie ma to również bezpośredniego przełożenia na moją ocenę obserwowanych wydarzeń. Jednak w zderzeniu z wyznawcami Kurwisława Kłamczyńskiego, beneficjentami socjalu kradzionego przez nierząd podatnikom i mocno przedźwiganymi tragarzami niosącymi „krużganek oświaty” jestem Volksdeutschem. Ale dlaczego?

Cóż, nie wierzę, że „w Powstaniu my, jako Polacy nie walczyliśmy z nazistami” (cytat z wypierdzin wodza bączek-jugend), nie jestem wyznawcą Kurwisława Kłamczyńskiego, nie wierzę w kłamstwa wyrobu premieropodobnego Pinokia Matołusza-kłameusza Morawieckiego, propagandę Jacka towarzysza Goebbelsa-Kurskiego, a Anżeja towarzysza Dupę niezmiennie uważam za DEBILA, nie atakuję mniejszości seksualnych, narodowych i religijnych oraz mieszkam w Niemczech. Zatem dla tępego, niedouczonego i, najczęściej, niepracującego wyznawcy PiSdzielstwa, tudzież dla ubranego w „patoidiotyczną odzież” kibola, fana homofobicznej pary homoseksualistów Olszańskiego i Osadowskiego czy członka bączek-jugend jestem właśnie Volksdeutschem, chociaż te sterowane propagandą pisaną cyrylicą przygłupy nie wiedzą nawet, że z moim pochodzeniem nie miałbym nawet prawa podpisać Volkslisty.

Początkowo mocno mnie ten epitet denerwował. Jeśli jednak samodzielne myślenie, tolerancja, posiadanie choćby elementarnej wiedzy historycznej i geopolitycznej oraz mieszkanie w „imperium zła”, jakim dla prorosyjskiego prawactwa są Niemcy, czy szacunek dla na przykład Pani Wandy Traczyk-Stawskiej są kryteriami bycia Volksdeutschem, to jestem Volksdeutschem i JESTEM Z TEGO DUMNY!

Z drugiej strony szkoda mi tego otumanionego tałatajstwa. Nie myślą, świat znają z dziennika telewizyjnego o 19:30 i „pasków grozy”, nie mają pracy ani perspektyw, chyba, że prosto ze swoich marszów nienawiści pędzą do Niemiec, Anglii czy Norwegii na budowy i zmywaki, albo pod szkoły opychać dzieciakom narkotyki (ulubione zajęcie kibolstwa!). Przecież życie przygłupa jest totalnie smutne.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pocztówka od Wuja Matta z podróży 78: Allahu Akbar!

Pocztówka od wuja Matta z podróży 56: Lupa wciąż w dupie, Ewa z czyrakami...

Pocztówka od wuja Matta z podróży 77: Wuj Matt turysta