Pocztówka od Wuja Matta z podróży. Część I

Dobry wieczór,

Tytuł dzisiejszego wpisu zaczerpnąłem z serialu "The Fraggles", który oglądałem jako dzieciak. Tam właśnie była postać nazywana Wujem Mattem, który podróżował i ze swoich wojaży przysyłał Fragglesom pocztówki. Ja sam teraz jestem w podróży, która trwa już 49 dni, bo dokładnie 7 tygodni temu, w Niedzielę, 29 września, wyjechałem z domu. Wyjechałem znęcony obietnicami kogoś, kto nazywał mnie "przyjacielem" i kusił niezłymi zarobkami, a okazało się, że jednak nie można przyjaźnić się z kimś, kto jest... emerytowanym gliniarzem, będącym również patologicznym kłamcą, egocentrykiem i... śmierdzącym leniem. 

W każdym razie jestem w jednym z sąsiadujących z rodzinnym PRL-em krajów europejskich. Pracuję, obserwuję otoczenie, ludzi, zachowania. Uczę się przy tym wielu nowych rzeczy nie tylko o świecie, o geograficznych sąsiadach kraju rodzinnego. Poznaję także siebie samego. I oglądam różne widoki. Na przykład Pomnik Bismarcka, czy szkoły z czerwonej cegły żywo przypominające mi rodzinne miasto, które również kiedyś należało do Kaisera. Jest ciekawie, nie zawsze zabawnie.





Kiedy 29 września opuszczałem rodzinne miasto w dawnych Prusach Wschodnich, wierzyłem w obietnice zarobków na przyzwoitym poziomie połączonych z opłaconym zakwaterowaniem. Szybko okazało się, że PHU MIKOMI Urszula Owsiany to raczej firma ogrodnicza - "Krzak" i niekoniecznie chce płacić za cokolwiek, chyba, że nie wiem wszystkiego. Potem okazało się również, że nie istnieje przyjaźń, a jeśli ktoś podkreśla ją, w kółko nazywając Ciebie przyjacielem, należy mieć się szczególnie na baczności. Bo na pewno nie ma czystych intencji. Tego nauczyło mnie owe siedem tygodni zesłania.

Dzisiaj na szczęście jest poukładane. Nie było łatwo, daleko też do ideału, ale jestem spokojny. Wiem, co mam robić, jak mam robić i jakie mogę mieć oczekiwania. Bo, co okazało się zaskoczeniem pozytywnym, moja Siła Wyższa zetknęła mnie nie tylko z szujami w typie Urszuli O. czy mojego tak zwanego przyjaciela. Spotkałem też ludzi uczciwych (prawda Darek? ;) ), jak mój obecny szef, czy kilku Niemców z firmy..., której nie będę tutaj reklamował. Jest też pewna dziewczyna, która pomaga wciąż radą, kiedy piszemy ze sobą za pośrednictwem pewnej popularnej aplikacji (wiesz, o kim mowa, Agnieszko). 

Więc mieszkam sobie w pewnym mieście w Północnej Nadrenii-Westfalii, pracuję, poznaję otoczenie i ludzi. I uczę się. Uczę się siebie, ludzi, języka. Jestem zadowolony z tego, co robię. I wdzięczny. Wdzięczny za cenną (choć bolesną) lekcję o "przyjaźni" (tutaj czytaj: wykorzystywaniu), o tym, że życie jest jak dowcip o zamarzającym wróbelku, na którego nasrała krowa. Kiedy zaczął w ciepłej kupie rozmarzać, wyciągnął go z niej kot i zjadł... Morał jest następujący: Nie każdy, kto na Ciebie nasra od razu jest wrogiem i nie każdy, kto wyciągnie Ciebie z gówna jest przyjacielem... 

To tyle w temacie analizowania tak zwanych przyjaźni. 

Jutro obiecuję napisać kolejną pocztówkę, już bardziej o tym, co widzę dookoła. 

Pozdrawiam

"Wuj Matt w Podróży" 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pocztówka od wuja Matta z podróży 56: Lupa wciąż w dupie, Ewa z czyrakami...

Pocztówka od Wuja Matta z podróży 78: Allahu Akbar!

Pocztówka od wuja Matta z podróży 77: Wuj Matt turysta