"Oni są jacyś inni"
"Oni" mają naród,
wyklętych i Smoleńsk. A "my"? "Oni" mają strach przed
uchodźcami, Żydami, Rosjanami i Niemcami, Brukselą. A "my"?
Co może "nas" połączyć tak jak
"ich"? Nic! Odpowiadam od razu, żeby nie owijać w bawełnę. Bo trzeba
rozwiać złudne i frustrujące wciąż pokutujące nadzieje. Polska prozachodnia i
demokratyczna nigdy nie będzie taka, jak Polska ksenofobiczna i autorytarna.
Jesteśmy inni. Jeśli będziemy świadomie i wyraziście inni, będzie nas coraz
więcej.
Myślicie, że jesteśmy inni, bo
więcej wiemy, inaczej nam się ułożyło życie, jesteśmy bardziej otrzaskani w świecie? Albo że różni
nas wykształcenie, majątek, wiara etc.? Myślę, że to kiepski trop. Czy Mateusz
Morawiecki nie jest otrzaskany? A Piotr Gliński nie jest wyedukowany? Jarosława
Kaczyńskiego nie zbawił przecież doktorat, a Jarosława Gowina – rektorat.
Tarczyński nie robi wrażenia głodnego. Ani Glapiński, ani zwłaszcza Pawłowicz.
Czy myślicie, że Piotrowicz nie obłowił się jako prokurator u Jaruzelskiego?
Czy Pietrzak się nie nachapał i nie otrzaskał po świecie za Gierka? Oni szli ze
swoimi dziwnymi poglądami po władzę często już otrzaskani, wykształceni,
zamożni. Nie mniej niż my. A inni.
Z tą naszą kompetencją, zamożnością, otrzaskaniem też
nie ma co przesadzać. W sprawach międzynarodowych Grzegorz Schetyna, zostając
ministrem, nie był bardziej zaawansowany niż Jacek Czaputowicz. W sprawach
zdrowia Konstanty Radziwiłł nie był zorientowany gorzej niż Bartosz Arłukowicz.
W edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska nie była bardziej biegła niż Anna Zalewska.
Z prostych parametrów nie wynika, że ich elity są z Marsa, a nasze są z Wenus.
Elektorat akceptujący autorytarny zwrot (PiS, Kukiz’15 etc.) i demokratycznych
wyborców (PO, Nowoczesnej, SLD, PSL, Razem etc.), czyli dwa wielkie plemiona
polskiej polityki, też politycznie dzieli więcej niż biografie. Są ich emeryci
i nasi. Ich profesorowie i nasi. Ich biznesmeni i nasi. Ich studenci,
związkowcy, nauczyciele i nasi. Po obu stronach są aparatczycy poprzedniego
systemu i byli opozycjoniści. Po obu stronach są bohaterowie i koniunkturalne
gnidy. Po obu są ateiści, ultrakatolicy, arystokraci i potomkowie chłopów.
W każdej z tych grup „my” i „oni” jesteśmy dość
liczni, żeby się przekonać, iż pozycja w stratyfikacji społecznej, podziale
bogactwa, wykształceniu, miejscu pracy, pochodzeniu społecznym nie determinuje
podziałów politycznych. Różnica nie jest na zewnątrz. Czyli musi być wewnątrz.
W tym, jacy jesteśmy, a nie, kim jesteśmy. Czym jest to coś w nas, co nas
politycznie określa i różni, decydując o tym, że „nas” nie łączy to, co „ich”?
Do mnie najbardziej przemawia trop, który wskazał interesujący się Polską
amerykański psycholog prof. Philip G. Zimbardo – autor słynnego „eksperymentu
więziennego” pokazującego,, jak łatwo obudzić w nas okrucieństwo.
Zdaniem Zimbardo świat, który widzimy, jest w oczach
każdego z nas inny. Żyjąc razem, żyjemy jednak gdzie indziej. „Wskutek
regularnej koncentracji na jednym z horyzontów czasowych – piszą Zimbardo i
Maciej Stolarski w książce „Polska na kozetce” – możemy wykształcić w sobie
nawyk postrzegania rzeczywistości w określony sposób”. Tak powstają
„jednostkowe profile perspektywy czasowej” powodujące, że jedni myślą głównie o
przeszłości, a inni – o teraźniejszości albo o przyszłości. Zmiana profilu
wymaga terapii, jakiej poddawani są np. pacjenci ze stresem pourazowym (PTSD).
„Koncentracja” formująca ów osobisty profil to może
być atmosfera domowa, nastrój środowiska, kultura, w której wyrastamy. Profil
powstaje niezauważalnie, a skutki ma kapitalne. W moim pokoleniu nawet stan
wojenny jedni pamiętają głównie jako traumę, a drudzy głównie jako przygodę.
Niezależnie od tego, po której byli stronie i co przeżyli. Różnica wynika z
„oprogramowania”, czyli „orientacji temporalnych”.
Orientację nastawioną na traumy przeszłości (też
podwórkowe, domowe etc.) Zimbardo nazywa negatywną orientacją przeszłościową.
Orientację zorientowaną na miłe chwile przeszłości – pozytywną orientacją
przeszłościową.
Jarosław Kaczyński, który niczego złego w stanie
wojennym osobiście nie doznał, i Mateusz Morawiecki, którego dręczyła SB[i],
pamiętają i wspominają traumę, podobnie jak duża część młodych historyków IPN
oraz wyborców PiS demonstrujących negatywne orientacje czasowe. A Adam Michnik
czy Władysław Frasyniuk, którzy spędzili długie lata w więzieniach
Jaruzelskiego i osobiście doznali brutalności funkcjonariuszy Kiszczaka,
podobnie jak prof. Andrzej Friszke, który stan wojenny przeżył i przebadał,
oraz większość „nas” pamięta raczej wyzwania, przygody, małe prywatne
zwycięstwa, które odnosili, nawet siedząc w peerelowskich więzieniach lub zna
je z relacji.
W „ich” relacjach pierwszoplanowe
role grają komuniści i zło, które nam robiono. W „naszych” dominuje walka z
komuną. „Oni” czczą głównie krzywdy ofiar, „my” głównie sukcesy bohaterów. Te różnice
widać w sposobie upamiętniania katastrofy smoleńskiej. „Oni” chcą upamiętnić
cierpienie. „My” – pouczające nieszczęście. To nie jest polityczny zamysł. To
ekspresja naszej odmienności. Dlatego ich przekonuje raczej Antoni Macierewicz,
a nas Jerzy Miller. Różnice podejścia do PRL i Smoleńska mogą być rozmaicie
racjonalizowane, ale decydują emocje zaszyte w orientacjach czasowych. One
decydują też o tym, czy dawni antykomuniści czują dziś potrzebę karania
Kiszczaka lub Jaruzelskiego.
Różnica dotyczy całego naszego życia. W większości
rodzin znajdzie się pogodny dziadunio zadręczający wnuki historiami o tym, jak
dowalił Niemcom, komunie, szefowi i jak wspaniale smakowała szczawiowa babci. W
większości rodzin jest też straszny dziadunio nudzący dzieci historiami o tym,
jak go Rosjanie, komuna, szefowie dręczyli i jak ręce bolały od zrywania
szczawiu. To ma polityczne znaczenie. Tworzymy sobie inne historyczne narracje,
inaczej też widzimy współczesne szanse i zagrożenia, a zwłaszcza mamy inny
stosunek do ludzi. Gdy w pamięci dominuje trauma – szukamy rewanżu, czujemy
bezradność (inni wciąż coś nam robią), mamy poczucie krzywdy, zgłaszamy
roszczenia. Gdy we wspomnieniach dominuje przyjemność – eksponujemy dumę i,
czując swoją sprawczość, szukamy nowych osiągnięć, by mieć nowe powody do dumy.
Dlatego „oni” tak się wściekają na radosnego czekoladowego orła, a „nas” tak
drażnią ponure miesięcznice.
Zanurzenie w historii jest polską
tradycją, która wpływa na dzisiejszą politykę, więc orientacje wobec przeszłości
wyznaczają front podziałów. Ale istotnie różni nas też orientacja wobec
teraźniejszości. U „nich” dominuje „teraźniejszy fatalizm” związany z poczuciem
braku kontroli nad losem i bezradności wobec rzeczywistości. Stąd ciągłe
gadanie, że trzeba wstać z kolan (czyli odzyskać kontrolę), i nieustanne
poszukiwanie spisków (żeby tłumaczyć bezradność działaniem ukrytych sił),
poczucie krzywdy i szukanie bezpieczeństwa w grupie. „Kupą mości panowie!”. W
kupie (narodzie, rodzinie, politycznym plemieniu, kościele, partii, tłumie
kibiców) można się schować, zredukować poczucie bezradności, odzyskać wrażenie
kontroli nad częścią swojego losu, w zamian oddając jego resztę. To sprzyja
posłuszeństwu oraz dyscyplinie.
U „nas” dominuje postawa, którą Zimbardo nazywa „teraźniejszym
hedonizmem”, czyli dążeniem do „maksymalizacji różnych przyjemnych doznań”.
Chętnie widzimy „zieloną wyspę” tam, gdzie „oni” widzą straszną „Polskę w
ruinie”. „Oni” skupiają się na unikaniu przykrości. „My” – na szukaniu
przyjemności. „Oni” wciąż czegoś bronią (rodziny, tożsamości etc.). „My” raczej
zdobywamy (Europę, pozycję, rynki). „Nam” chowanie się w grupie niewiele daje,
bo przyjemności doznaje się indywidualnie. Żeby maksymalizować przyjemność,
trzeba rywalizować. Przydatna może być najwyżej współpracująca grupka. Siłą
rzeczy jesteśmy więc bardziej indywidualistyczni i mniej zdyscyplinowani niż
„oni”.
No i jest jeszcze problem
przyszłości. Im bardziej jesteśmy skłonni o niej myśleć, tym łatwiej
rezygnujemy z drobnych doraźnych przyjemności i nagród na rzecz większych,
które chcemy zdobyć za jakiś czas. Tu też widać wyraźne różnice. „My” wychylamy
się w przyszłość, więc bardziej przemawia do nas język inwestycji,
oszczędności, ochrony środowiska, zrównoważonego budżetu. „Nasze” oburzenie na
wycinkę puszczy dla „nich” było niepojęte, bo wynikało z tego, że wyżej
stawiamy zachowanie natury, a niżej doraźne korzyści ekonomiczne z eksploatacji
lasu.
Do „nich” przyszłość przemawia
słabiej niż teraźniejszość, więc więcej uwagi poświęcają dzieleniu tego, co
jest. Dlatego ważniejsze jest dla „nich” to, o ile lepsze jest życie dzięki
rozdawanym przez PiS prezentom socjalnym, a „my” wyraźniej widzimy cenę, którą
trzeba będzie zapłacić. Kiedy minister Waszczykowski mówił „Bildowi”, że „nie
chce świata złożonego z cyklistów i wegetarian”, wyrażał różnicę między „nami”
a „nimi”, bardziej niż „my” zwróconymi w przeszłość. Bo sport i zdrowe jedzenie
to produkt orientacji, która skłania do inwestowania w swój przyszłą formę. A
niechęć do „cyklistów i wegetarian” to próba konserwowania świata, jaki był.
Z podobnego powodu oni są
przekonani, że w imię sprawiedliwości rozliczającej przeszłość trzeba Niemcom
mówić o reparacjach, nawet jeśli nie będzie z tego korzyści w przyszłości, bo
nigdy nam ich nie wypłacą. A „my” uważamy, że nie warto psuć atmosfery, bo to
negatywnie zaważy na przyszłych stosunkach. I z podobnego powodu „nasz” lider,
Donald Tusk, gra w piłkę, a „ich” lider, Jarosław Kaczyński, czyta historyczne
książki i sportów nie uprawia.
Nawet jeżeli prawdziwy jest slogan
PZPN, że „łączy nas piłka”, to „nas” bardziej łączy granie (jako sprawcza
inwestycja w siebie i relacje), a „ich” kibicowanie (jako zatopienie się w
stadionowym tłumie). Dlatego „oni” rządzą na stadionach, a „nasza” gazeta robi
akcję „Cała Polska biega”. Nie jest przypadkiem, że PO wymyśliła „Orliki”, a
PiS – strzelnice. „Orlik” to produkt orientacji przyszłościowej (sport to
zdrowie) i sprawczej, a strzelnica to wyraz orientacji lekowej i reaktywnej
(obrona w razie ataku).
Co więc może połączyć „nas” tak, jak
połączeni są „oni”? Słaba nadzieja, że biegacze stopią się w eszelon tak, jak
stapiają się kibole. Ale jak wynika z tego, co piszą Zimbardo i Stolarski –
mimo wszystkich absurdów zwróconej w traumatyczną przeszłość edukacji, mimo
ciepriętniczje polityki historycznej uprawianej po 1989 roku, mimo siejącego
lęk populizmu prawicy od Rokity po Macierewicza, jesteśmy – lub do niedawna
byliśmy – społeczeństwem mniej mrocznym, niż można sądzić z historii i naszego
dominującego wyobrażenia o sobie. A przynajmniej daleki od mroczności obraz
pokolenia Polaków mających dziś 30 – 40 lat pokazały badania porównawcze,
których wynik trzy lata temu opublikował międzynarodowy zespół kierowany przez
Annę Sircovą.
Z badań
Sircovej wynika, że Polacy bardziej niż inni Europejczycy pozytywnie
postrzegają przeszłość, a osób z mroczną perspektywą jest w Polsce z grubsza
tyle, co średnio w Europie. Nasza perspektywa współczesności też jest bardziej
pozytywno – hedonistyczna niż średnia europejska, a fatalizmu jest w Polsce
wyraźnie mniej niż gdzie indziej. Stosunek do przeszłości mamy zbliżony do
średniej. Wyróżnia nas trochę większe zwrócenie ku przeszłości kosztem
teraźniejszości, ale jest to raczej dobra przeszłość. Dominuje tak zwany
„profil zrównoważony” (tylko w Estonii jest go trochę więcej). Czyli jesteśmy
zaskakująco zdrowym społeczeństwem.
Jeśli przez dekadę dzielącą nas od
badań Sircovej, które analizują Zimbardo i Stolarski, w Polsce nie zaszła
zasadnicza zmiana (a takie zmiany trwają raczej pokolenia niż lata), to wniosek
jest prosty. To, co „ich” spaja budząc „naszą” zazdrość, może skutecznie spajać
sporą mniejszość, ale nie jest ofertą mogącą łączyć polską większość.
Co łączy większość? Po pierwsze,
umiarkowany hedonizm, czy możliwie dobre życie teraz; po drugie, nostalgiczne
wspomnienia; po trzecie, dość odpowiedzialny stosunek do przyszłości. Takiej oferty
po stronie demokratycznej nie ma. Dlaczego nie ma? Zapewne polityczna elita
opozycji jest dużo mnie zdrowa niż prodemokratyczna większość. Większość
opozycji reprezentuje (przynajmniej publicznie) orientacje czasowe podobne do
prezentowanych przez autorytarną mniejszość. Ma to historyczne korzenie w
doświadczeniu antykomunistycznej opozycji, ale dla nas ważne jest, że tak jest.
Sądząc po objawach, demokratyczna opozycja reprezentuje podobne czasowe
orientacje jak PiS, tylko w mniej patologicznej formie.
Dominująca narracja obozu
demokratyczneg od 1989 roku składa się ze straszenia zbrodniczym socjalizmem i
złym Peerelem (na przekór rosnącej nostalgii), z żądania kolejnych wyrzeczeń od
kolejnych grup (na przekór hedonizmowi) i z beztroskiego stosunku do
przyszłości (na przekór trosce o środowisko, bezpieczeństwo socjalne etc.).
Starczyło, że PiS odkrył hedonizm Polaków, czyli polityczną potęgę względnie dobrego
życia teraz, by do jego naturalnej mniejszości dołączyła grupa dająca
zwycięstwo.
Rozsądni
ekonomiści policzyli, że PiS nie daje do podziału dużo więcej niż inni. Ale
zdobył dodatkowych wyborców, proponują jako treść polityki
dzielenie, a nie mnożenie i odbieranie. Zgarnął za to punkty. Mnożeniem rząd
PiS (jak każdy) się zajmuje, ale to jest problem fachowców przekraczający
zdolność ogarniania, więc i ciekawość nawet wykształconego człowieka. Nie
przypominam sobie żadnej wielkiej demonstracji ani politycznej formacji
gwałtownie rosnącej w siłę pod hasłem „Więcej PKB”. A hasło „Więcej pieniędzy”
jest zawsze aktualne. „Nasi” politycy fałszywie zrozumieli słowa Clintona
„liczy się gospodarka…”. Jemu chodziło o to, że gospodarka ma działać, a oni
zrozumieli, że trzeba o niej gadać.
Jeśli nie ma wielkiego kryzysu,
obietnicami większego PKB ani straszeniem, że przez PiS spadnie PKB, większości
się nie zbuduje. Wybory wygrywa ten, kto ma lepszą odpowiedź na odwieczne
pytanie: „Co będę z tego miał?”
Zaniedbane przez demokratów
hedonistyczne emocje zagospodarował już PiS. Opozycja traci, gdy krytykuje za
to władzę. A jeszcze bardziej traci, gdy próbuje przebić obietnice rządu, bo
nie jest w tym wiarygodna. W trwającym starciu to pole jest dla demokratów
stracone. Skoro jednak Polacy są hedonistyczni a PiS zagarnął hedonizm
ekonomiczny, trzeba się jednoczyć wokół innych potrzeb. To się dobrze udaje. Problem
w tym, że opozycja nie ma odwagi postawić na żaden hedonistyczny projekt, bo
każdy otwiera konflikt z potężnym lobby kościelnym albo z potężnymi lobby
gospodarczymi. Wszystkie mają sporą reprezentację w partiach opozycyjnych.
Podobna bariera zamyka
parlamentarnej opozycji drogę do zagospodarowania pozytywnej przeszłości, ku
której wychylona jest większość. Idąc tropem tradycji endeckiej, PiS zagospodarowuje
nieszczęścia naszej historii politycznej, która (zwłaszcza w XX wieku) toczyła się
według schematu grunwaldzkiego – nieliczne polityczne sukcesy marnowaliśmy
szybko i beztrosko. To pole jest „ich”.
Także jednak dla obozu
demokratycznego przeszłość to wciąż głównie cierpienia i winy wymagające kar,
rozliczeń i smutnego upamiętniania. Lustracja, dekomunizacja, dezubekizacja itp.
dziwną więzią łączą władzę z większością opozycji, choć dla nostalgicznie
usposobionej większości społeczeństwa nie są pociągające. „Ich” mniejszość to
ekscytuje. „Nasza” większość – skłonna do miłych wspomnień, bo mająca raczej
pozytywną pamięć – jest porzucona i wciąż zawstydzana.
Sadomasochistyczne skrzywienie
polityków objaśnia syndrom grunwaldzki. Ale gdy politycy głównie generowali
porażki, społeczeństwo nieźle dawało radę. Polski parlament był zwykle
zawstydzający – od Sejmu Wielkiego, przez II RP, po dziś. Politycy mieli
problemy z kompetencją, uczciwością i praworządnością. A stąpające po ziemi
społeczeństwo miało imponujące sukcesy – od wiejskiego i miejskiego ruchu spółdzielczego,
organizacji kobiecych, sportowych, związkowych, kulturalnych, młodzieżowych i
edukacyjnych po poezję teatr, kino, muzykę i sport wyczynowy. Wszystko to
(nawet Bogu ducha winne ogródki działkowe) było po 1989 roku przez klasę
polityczną deprecjonowane i dewastowane – na przekór rosnącej nostalgii.
Mało co tak się na portalach klika,
jak miłe tekściki o osobistościach, kulturze i życiu „czasów (słusznie)
minionych”. Pod względem liczby przytoczeń i cytowani to „Miś” i „Rejs” są
polskimi filmami wszech czasów. Nie „Kanał” i „Przesłuchanie” (choć to wielkie
kino!). Ale opozycja uparcie separuje się od dominujących po „naszej”
(większościowej) stronie emocji i wraz z PiS trwa w postendeckiej, cierpiętniczo
– heroicznej tradycji historycznej.
IPN także za rządów PO – PSL był głównie
instytutem (fałszywej) pamięci politycznej, a nie narodowej. Bo w narodowej
pamięci Sopot, Opole, Jarocin, bary mleczne, FWP, „Kabaret Starszych Panów”,
Marek Hłasko, Maryla Rodowicz i „Czterej Pancerni” grają większą rolę niż
agentura, SB, KOR i nawet Solidarność. Ale politycy po obu stronach wielkiego
podziału wolą opowiadać historię swoją i swoich mentorów, nie historię
społeczną.
Dzieje się tak nie dlatego, że
opozycyjni politycy są, czują i żyją jak pisowska mniejszość. Raczej myślą, że
tak wypada, bo taka jest polska sadomasochistyczna tradycja. A w rzeczywistości
taka jest głównie tradycja polskiej klasy politycznej. To wzmacnia jej
alienację – podobnie jak mówienie przez lata głównie o mnożeniu i zabieraniu,
gdy ludzi interesowało głównie dzielenie i dostawanie.
Sukces w
jednoczeniu „nas” czeka tego, kto wymyśli polityczne 500+. PiS już
czuje pismo swoim długim nosem. SLD chyba też. Dlatego PiS wycofał się z ustawy
degradacyjnej, a SLD wciągnął do polityki Monikę Jaruzelską. Jej odpotworniająca
zbiorową pamięć obecność może być nostalgicznym 500+ lewicy.
Nawet jednak jeśli demokraci wybiorą
język pozytywnej przeszłości i jednoczącego większość umiarkowanego hedonizmu
na dziś, problemem pozostanie przyszłość. Tu demokratyczna opozycja potrzebuje
najtrudniejszego zwrotu. Musi odzyskać wspólnotowy język, by móc w nim przekonująco
opisać odpowiedzialną wspólnotę dobrego społeczeństwa i wszystkich chętnych. Taką,
w której ludzie czują się dość pewnie, by na przykład samotnie biegać, ale
umieją też dobrze czuć się na swoim miejscu w drużynie, więc nie chcą chować się
w tłumie.
Taka wizja wymaga gruntownej wymiany
pojęć. W miejsce zarządzającego nami wyniosłego państwa – demokracja uzgadniająca
decyzje wedle stabilnych reguł; w miejsce nadętej władzy, która się opiekuje,
rozkazuje i karze – administracja realizująca demokratyczne decyzje tak samo
wobec wszystkich; w miejsce arbitralnie wykluczającego narodu hołubiącego
swoich – społeczeństwo solidarnie troszczące się o każdego teraz i w
przyszłości; w miejsce dziedzicznej tożsamości – kultura łącząca tych, którzy się
w nią wpisują. Taki jest naturalny wybór większości polskich wyborców, ale
żaden partyjny program nam go nie oferuje. Bo partie mentalnie utkwiły na
przełomie XIX i XX wieku.
To są wielkie wyzwania stojące nie
tylko przed polskimi demokratami, jeśli chcemy, by coś poza nostalgią nas
trwale i mocno łączyło. Do wyborów się z tym nie uporamy. Ale jeszcze więcej
trzeba będzie zmienić, jeżeli chcemy, by „naszą” większość skleiła idea Dobrego
Społeczeństwa gwarantującego wolności. Tak jak „ich” mniejszość łączą trujące
wolność kleje.
Jacek Żakowski, „POLITYKA” nr 17/18
(3158), 25.04 – 08.05.2018
Na wstępie dzisiejszego postu chciałbym przeprosić Pana Jacka Żakowskiego za opublikowanie Jego tekstu, jednak trudno jest napisać tekst odnoszący się do artykułu przeczytanego kilka dni wcześniej w ulubionym tygodniku, jakim dla mnie jest tygodnik "POLITYKA" jeszcze od czasów kiedy nie miał on formy magazynowej...
Pan Jacek Żakowski zwraca uwagę na to, jak wiele nas, Polaków dzieli i jak podziały te są pielęgnowane przez obecną władzę. Faktycznie "oni" są jacyś inni, bo postrzegają rzeczywistość z jednej przez pryzmat cierpiętnictwa i szczególnej misji pana Jarosława Kaczyńskiego, z drugiej dzielą społeczeństwo na różne bardziej i mniej godne wsparcia czy szacunku grupy. Przy czym wyraźnie widać hipokryzję i pychę władzy pisowskiej, kiedy obserwuje się wielotygodniowy protest osób niepełnosprawnych i ich opiekunów i reakcję zarówno rządu, który nie robi nic, jak i posłów rządzącej partii...
Jestem, w porównaniu na przykład z "naczelnikiem" Kaczyńskim, czy autorem obszernie przytaczanego artykułu, młodym człowiekiem. Pierwszy raz mogłem głosować w wyborach prezydenckich 1995 roku. Jednak przez wszystkie lata dorosłego życia podobało mi się to, w jakim kierunku zmierzamy - Konstytucja 1997, wejście do NATO (wtedy akurat służyłem w wojsku), wejście Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku...
Nie, nie chcę gloryfikować Polski po 1989 roku, bo przecież nie wszystko było idealne. Jednak chyba nie o to chodzi, żeby było idealnie. Ja przecież też nie jestem idealny. Nikt z nas nie jest. Jednak dzisiaj mam wrażenie, że cofamy się, że PiS prowadzi nas wstecz, wprowadzając nas w błąd, mówiąc, że to "dobra zmiana". Ja nie widzę w obecnych zmianach nic dobrego...
Kiedy w 1990 roku, pierwsze wolne wybory prezydenckie wygrał Lech Wałęsa, nie należałem, jako 13-latek, do grona Jego zwolenników. Jednak kiedy dzisiaj słyszę, jak zakłamuje się historię, próbując nam wszystkim wmówić, że przywódcą tamtej pierwszej Solidarności był inny Lech, to nie umiem przejść nad tym do porządku dziennego, nie umiem tego przyjąć do wiadomości. No bo jak? Zmieniamy historię?
O zmienianiu historii czytałem w "Roku 1984" George'a Orwella. Nie spodziewałem się, że kiedy będę miał 40 lat, zmienianie, modyfikowanie historii zgodne z linią aktualnie rządzącej partii, stanie się faktem... A jednak to się dzieje. I władza modyfikuje nie tylko odległą historię, ale także stara się nam wmawiać różne inne bzdury, jak poseł Żalek, który coś mówi, a potem mówi, że tego nie powiedział...
W minioną sobotę byłem w Warszawie, na Marszu Wolności. I znów zrozumiałem, że "oni są inni", bo nawet demonstrujemy w różny sposób...
Komentarze
Prześlij komentarz