Pocztówka od wuja Matta z podróży 76: Wuppertalski długi stół.

 Całkiem niedawno, bo 29. czerwca, w Wuppertalu odbyła się uliczna impreza pod nazwą „Wuppertaler Langer Tisch”, w wolnym tłumaczeniu „Wuppertalski długi stół”. W zasadzie nie jestem fanem tego typu „spędów”, ale dałem się namówić mojej ukochanej i dzisiaj chciałbym podzielić się swoimi spostrzeżeniami.

Po pierwsze słynne multikulti, którym w mojej ojczyźnie tak lubią straszyć nas różne prawackie ofiary losu. Wbrew logice polityczków zjebicy (czyli zjałczałej prawicy) i końpederastii, wcale nie jest tak niebezpiecznie na ulicach niemieckich miast, jakby to chcieli nam wmówić ci biedni ludzie, których horyzonty myślowe ogranicozne są ostatnim kazaniem lokalnego pedofila w ich parafii tudzież przekazem dnia nadesłanym z partyjnej centrali. Znaczy inaczej, nie jest bardziej niebezpiecznie, niż, na przykład w Pcimiu czy na innym Żuliborzu. Przynajmniej takie jest moje subiektywne odczucie.

Po drugie przybysze z różnych mniej lub bardziej egzotycznych z punktu widzenia Europejczyka miejsc, nie stanowią zagrożenia, a pomagają budować pewien koloryt, przynosząc ze sobą swoje zwyczaje, stroje, swoją kuchnię. I okazuje się, że nie trzeba jechać do Azji, czy Afryki, żeby można było posmakować nieznanej kuchni, czy spotkać innych ludzi, którzy mają inny kolor skóry, inne wierzenia i system wartości oraz inne doświadczenie życiowe.

Po trzecie chciałbym zauważyć, że w różnorodności tkwi prawdziwa siła. Ale zrozumienie tego wymaga chociaż podstawowej znajomości historii. Wszystkie dawne imperia, od starożytności do Imperium Brytyjskiego, były tworami multikulturowymi. To może być trudne do przyswojenia przez ograniczonych umysłowo różnych prawiczków, religijnych fundamentalistów, nie ważne, czy na ścianie wieszają krzyż, Gwiazdę Dawida czy półksiężyc.

Po czwarte wreszcie moje codzienne życie w społeczeństwie multikulturowym uświadamia mi, że nie wszystko musi być tak, jak ja tego chcę, nie wszystko jest idealne, ale warto być otwartym. Jasne, że można, jak typowy mieszkaniec narodowego getta, szczególnie poza granicami swojego kraju, iść do tajskiej restauracji, żeby zjeść frytki. Jednak czyż nie lepiej jest u Tajów zjeść coś tajskiego, u Turka coś tureckiego, a w restauracji niemieckiej coś niemieckiego? Dlaczego miałbym, będąc i czując się Polakiem, zamykać się w getcie?

Oczywiście wspomniane getto jest pewnego rodzaju skrótem myślowym. Chodzi o pewne zamykanie się w społeczności z powodu bariery językowej, bo brak komunikacji jest chyba najpoważniejszym czynnikiem izolacji, braku tolerancji. Bo kiedy za cholerę nie umiem porozumieć się z sąsiadem, który nie jest tej samej narodowości, co ja, to jakim cudem miałbym być tolerancyjny? Przecież w Polsce też rozmawiałem z sąsiadami. Jasne, było łatwiej, bo w większości byli to Polacy. Zresztą swego czasu w Irlandii czy Zjednoczonym Królestwie również było mi łatwiej, bo dość dobrze znam angielski. Tu, gdzie mieszkam teraz na początku potrzebowałem pomocy mojej ukochanej, bo nie rozumiałem, co do mnie mówią. Dzisiaj, na szczęście, jest lepiej, chociaż mam świadomość, że wciąż uczę się języka.

Nawet jestem w stanie zrozumieć mieszkańców różnych narodowych gett. Brak wiedzy czy zaślepienie religijne sprzyjają izolacji, wrogości. Tyle, że historia ludzkości, ewolucji, wskazuje, że wszyscy jesteśmy migrantami, w dodatku „czarnymi” - wszak pierwsi hominidzi pojawili się w Afryce!

Z wiekiem dochodzę do przekonania, że źródłem wrogości, nietolerancji, wojen wcale nie są zwykli ludzie, a religie i politycy...

Wuj Matt














Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pocztówka od Wuja Matta z podróży 78: Allahu Akbar!

Pocztówka od wuja Matta z podróży 56: Lupa wciąż w dupie, Ewa z czyrakami...

Pocztówka od wuja Matta z podróży 77: Wuj Matt turysta