Pocztówka od wuja Matta z podróży 16: Europa kontra wolska
Od pewnego czasu mieszkam w kraju, którego nigdy przedtem nie brałem pod uwagę jako miejsca do mieszkania i życia. Mowa o Republice Federalnej Niemiec.
Fakt, jestem Polakiem. Jednak jestem całkowicie wolny od typowo polskich antyniemieckich uprzedzeń i fobii. Ba, uważam owe chore uprzedzenia za zupełnie nieprawdziwą, tępą propagandę. W pierwszej połowie XXI. wieku, niemal sto lat po II. wojnie światowej, Niemcy nie są wrogiem Polski, chociaż można Niemcy i Niemców uznać za „wrogów Polski i Polaków”, ale tylko tych, którzy jak bezmyślne stada głosują na PiSdzielstwo i Konfabulację, a potem w pocie czoła tyrają na budowach całej Europy czy w niemieckich szparagach, żeby odłożyć na wymarzone auto każdego Janusza – Volkswagena Passata, koniecznie TDI. Fakt, Niemcy są największą i najsilniejszą gospodarką Starego Kontynentu i Unii Europejskiej. Jednak współczesne państwo niemieckie nie poszukuje przestrzeni życiowej na wschodzie – bardziej jest zainteresowane w robieniu interesów i politycznych, i gospodarczych.
Jednak w Polsce, od 2015. roku znajdującej się pod patolicko-narodowo-komunistyczną okupacją tak zwanej zjednoczonej prawicy pod przywództwem sfrustrowanego, starego aparatczyka, któremu nie udało się zostać Pierwszym Sekretarzem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej przed jej upadkiem, postanowił zatem odbudować Polską Rzeczpospolitą Ludową, żeby zdążyć zostać dyktatorem zanim zdechnie, dominuje narracja antyzachodnia i jakieś antyniemieckie fobie. W tym ujęciu, mocno tkwiącym w myśli geopolitycznej XIX i pierwszej połowie XX wieku, Polska jest otoczona ze wszystkich stron wrogami, chociaż można polityczków PiSdzielstwa, Polski suwerennej od myślenia i konfabulacji podejrzewać o sympatyzowanie z putinowskim reżimem Rosji.
Obecnie Rzeczpospolita, zarządzana przez aktyw jełopów, staje się krajem coraz bardziej osamotnionym politycznie i gospodarczo, zacofanym technicznie oraz światopoglądowo i skłóconym z Unią Europejską, Niemcami, a nawet próbującym kopać się ze Stanami Zjednoczonymi. Jest to wynikiem prowadzenia polityki międzynarodowej w oparciu o przekonaniu, że Polska jest jakimś ogromnym imperium, co czyni banda idiotów, dla których wyrocznią i autorytetem jest wuc, który nawet nie wie, że spodnie trzeba zdjąć, kiedy chce się oddać mocz, czy nie potrafi zdecydować się, czy jest Jarosławem czy Zosią. Nie oszukujmy się, ich działania nie są ukierunkowane na dobro Polski i Polaków, a jedynie na interes partyjny, własne majątki i wspieranie sił kolonialnych Watykanu. No i oczywiście łechtanie wszelkiego rodzaju nacjonalistycznego i rasistowskiego robactwa w typie Bobisia Wypierdkiewicza, Wojtusia Osrańskiego z jego Marcinkiem „Ludwisią” Obszczańskim czy, ostatnio, tego pryszczatego księgowego z Torunia, któremu roi się Polska „wolna od LGBT, Żydów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej” (zgodnie z pomysłami innego konfabulanta – Konrada Berkovitza – Polacy mają pracować u Słabka Bezcena za przysłowiową miskę ryżu i chlać, o czym postaram się niedługo napisać). A to ostatnie, czyli łechtanie ego neonaziolstwa jest w gruncie rzcezy dość proste – tym kretynom, bez względu, gdzie znajdują się w hierarchii społecznej czy hierarchii swoich tandetnych podróbek NSDAP, wystarczy wmówić, że Polska jest wielka, silna, patolicka... Tyle, że Polska nigdy nie była imperium, chociaż kilka razy była na tyle silna, by się mocarstwem stać. Ale brunatny motłoch to w większości jełopstwo, które nigdy na owym „zgniłym” Zachodzie nie było, a jak było, to zbierało szparagi i mieszkało w szopach. Wymyślanie Polski „wolnej od Żydów i LGBT” to nie jest żaden patrotyzm, podobnie, jak bieganie w uszytej w chinach bluzie z napisem „śmierć wrogom ojczyzny”. Ale skąd potomkowie chłopków pańszczyźnianych mają to wiedzieć, kiedy nawet czytać nie potrafią?
Mentalnie znaczna część Polaków tkwi w historii, której jednak nie zna. Swoje imperialne przekonania opierają na kilku mitach, które nie mają żadnego potwierdzenia w historii.
Mit pierwszy: Przedmurze chrześcijaństwa.
Data chrztu Polski wcale nie jest datą powstania organizmu państwowego, a na pewno nie można uznać, że organizacja rządzona przez Mieszka I była Polską. Szczególnie, że Mieszko najprawdopodobniej był wikingiem ze Skandynawii, a przyjmując chrzest oddał swoją władzę okupantom podlegającym gościowi o dziwnym imieniu „Papież”. W ten sposób dzisiaj Polska jest przedmurzem ciemnogrodu – oddziela Zachód i cywilizowane kraje od postsowieckiej prawosławnej Rosji.
Mit drugi: Imperium.
Prawaccy brunatni patoidioci, bo przecież nie można tego tałatajstwa nazywać patriotami, roją sobie, że Polska jest jakimś supermocarstwem, którym również była historycznie. Owszem, w historii Polski były takie chwile, że moja Ojczyzna miała zadatki, by być silnym państwem. Ale...
Państwowość krystalizowała się za panowania Piastów, którzy najprawdopodobniej byli Skandynawami, potem, pod panowaniem Litwina Jogaiły, znanego jako Władysław Jagiełło, wygraliśmy bitwę pod Grunwaldem, głównie siłami Litwy, Rusi (dzisiejszej Ukrainy) i zaciągiem mongolskim. Podboju Rosji i zdobycia Moskwy dokonał Książę Siedmiogordu Stefan Batory – Węgier, któremu szlachta oddała tron. Ostatnie podrygi i ostatnia szansa na silną Polskę to... okres panowania Elektorów Saskich Augusta II i Augusta III – Niemców!
Mit trzeci: Kultura.
Nie, to nie Polacy nauczyli Francuzów jeść sztućcami. To raczej z Zachodu przychodziła nowoczesność i postęp. Dlatego mentalnie ruska Polska musiała upaść w XVIII wieku.
Mit czwarty: „Niemiecka agresja i brukselska okupacja”.
Rzeczpospolita od 1. maja 2004. roku jest pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej i, prawdę mówiąc, do wprowadzenia w 2015. roku okupacji z Nowogrodzkiej, głównie na tym korzystała.
Do początku drugiej PiSdzielskiej okupacji Polski, Polska przez jedenaście lat, choć daleka od doskonałości, zmierzała w dobrym kierunku. I nastał Kaczyński – stary dziad, który nie zna świata, szcza w spodnie, sepleni i masturbuje się oglądając rodeo. I to on wprowadził oborową na salony, debila do Pałacu Prezydenckiego, a z patologicznego kłamcy zrobił premiera. I wrzucili bieg wsteczny, próbując powrócić do średniowiecza.
Pod rządami „jednego wuca, jednego PiSdzielstwa i jednego motłochu” Polska staje się republiką wyznaniową, w której chronić trzeba patolików, żeby mogli dalej dyskryminować i dręczyć wszystkich pozostałych – Żydów, osoby LGBT, kobiety, obcokrajowców. Bo według tego bezmyślnego stada wyznawców PiSizmu-kaczyzmu jedynie patolik i wyznawca boskości wuca ma prawo być Polakiem....
W zderzeniu ze „zgniłym” Zachodem Polska zmierza wprost do Moskwy.
Ja, 27/05/2023
Hmm, na tylu myśiwych kontynuujących swój bolesny ponoć żywot w tym nadwiślańskim padole nie ma jednego zdolnego do odstrzelenia kaczki ? … coś jest zdrowo nie tak jak być powinno… 🥴🤔
OdpowiedzUsuń